Uroki podróżowania, czyli czego nie zobaczycie na naszych zdjęciach (no photo)

Przylecieliśmy do Koh Tao w czwartek wieczorem. Pokój okazał się być naprawdę na przyzwoitym poziomie, więc z zadowoleniem kładliśmy się spać. Następnego dnia chcieliśmy przejechać całą wyspę na skuterze. Plany niestety musieliśmy zmienić. „Czarny piątek i sobota” natchnęły mnie do napisania postu o urokach podróżowania, czyli o tym, czego nie zobaczycie na naszych zdjęciach.

W długiej podróży prędzej czy później każdy na coś zachoruje, czyli mój czarny piątek

Prawie miesiąc obcowania z azjatycką mikroflorą i mój organizm w końcu powiedział dość. Bardzo się cieszę, że stało się to tutaj i to już po zakończeniu naszej kilkunastogodzinnej podróży, a nie w jej trakcie. W takich warunkach, jakie napotkaliśmy w hotelu, mogłam spokojnie walczyć z zakażeniem przewodu pokarmowego. Piątek upłynął mi na zjedzeniu: 2 tostów, 4 nifuroksazydów (na bakterie), piciu herbat oraz wody i uzupełnianiu elektrolitów, a na kolację dodatkowych kilku łyżek zupy warzywnej i kawałka chleba. Na szczęście to nic poważnego, bo dzisiaj czuję się już znacznie lepiej. Za to spędzając dzień w pokoju, udało mi się w końcu obejrzeć Wilka z Wall Street. Wiedzieliście o tym ze zdjęć?

Przyzwyczailiśmy się się do azjatyckiego standardu czystości

Tylko w 3 miejscach na 8 mogliśmy spać w hotelowej pościeli. To znaczy w 2 wyglądała przyzwoicie, a w 1 (teraz na Koh Tao) nawet jak nowa. W pozostałych miejscach, zawsze sięgaliśmy po nasz bawełniany wkład do śpiwora. I mimo, że powoli się przyzwyczajamy do widoku kolorowych plam na pościeli, to jednak bardzo doceniamy Living Chilled Koh Tao, za to, że możemy poczuć się jak w hotelu.

I jeśli myślicie, że czystość jest wprost proporcjonalna do ceny, to niekoniecznie. Najczystszy hotel kosztował nas ok. 100 zł, a ten za 200 zł (drogo jak na Azję) pozostawiał wiele do życzenia. Doszliśmy jednak do wniosku, że zasada jest tylko jedna: im nowszy hotel, pensjonat, tym lepsze warunki.

Plam również nie uwieczniamy na zdjęciach:)

Zaprzyjaźniliśmy się z mrówkami w łazience

Wszystkie hotele i pensjonaty borykają się z problemem insektów. Niektóre tylko z mrówkami i komarami, a niektóre również… z karaluchami. Tak! W jednym z noclegów (Lanta Phu Hill Resort) przywitał nas pięciocentymetrowy brunatny gość. Pojawił się dokładnie w momencie, kiedy stwierdziliśmy, że w sumie zostaniemy dłużej niż jedną noc, bo może jest skromnie, ale tanio i blisko morza. Ostatecznie nie zaprzyjaźniliśmy się i następnego dnia zmieniliśmy hotel. Mieliśmy za to ciekawą noc, bo spaliśmy opatuleni we wkład do śpiwora, pod moskitierą, z opaskami na oczach. Dlaczego z opaskami? Bo postanowiłam nie gasić światła, żeby nie zachęcić jego kolegów do wyjścia.

Następnego dnia przenieśliśmy się 500 metrów dalej, gdzie za 250 zł wynajęliśmy bungalow z widokiem na morze. W naszej łazience w Lanta Palace Beach Resort mieszkały na szczęście tylko mrówki. W taki oto sposób przekracza się budżet przeznaczony na noclegi: jeden karaluch i reżim budżetowy poluzowany. Teraz, gdy czytam opinie o noclegach szukam między innymi informacji o karaluchach. Jeśli nikt o nich nie wspomina, jest ok.

Inna kwestia, to małe gekony, które jeśli są w Twoim pokoju, to istnieje szansa, że nie będziesz już miał owadów.

Mrówki, komary, a tym bardziej karaluchy, nie są jednak najbardziej pożądanymi modelkami na zdjęciach:)

Sporo czasu przeznaczamy na organizację podróży

Wyjechaliśmy bez szczegółowego planu, więc wszystko planujemy na bieżąco w podróży. A to oznacza siedzenie w necie i szukanie przynajmniej pierwszych noclegów w nowym miejscu, promocyjnych biletów lotniczych, czy składanie wniosków wizowych (na razie Myanmar) i to w warunkach, gdy szczytem szczęścia bywa przesłanie zdjęć na FB czy WA.

Biorąc pod uwagę, że jeszcze w żadnym hotelu nie byliśmy dłużej niż kilka dni, to zaplanowanie kolejnych kroków jest wyzwaniem. Szczególnie, kiedy do ostatniego momentu nie wiemy gdzie chcemy jechać:) A wszystko musi być przemyślane, tak żeby: mieć dobrą pogodę, złapać dobrą cenę na lot/autobus (rezerwacje robimy przynajmniej na kilka dni przed, inaczej ceny są znacznie wyższe), mieć gdzie spać, wiedzieć co zobaczyć.

Walczymy z techniczną stroną naszego wyjazdu

Najpierw okazało się, że nasze komórki pomimo roamingu, nie działają. To znaczy odbieraliśmy smsy, ale nie mogliśmy wykonywać połączeń. Do siebie również. Ostatecznie okazuje się, że WA i FB oraz mail, w zupełności wystarczają do kontaktu ze światem.

Najbardziej jednak zirytowało nas GoPro. Prawie miesiąc walki z urządzeniem, które „przecież w domu działało”, a teraz przerywa nagrywanie po 20 sekundach. Koszt nieutrwalonych nią widoków i przeżyć, nie do ocenienia. W końcu okazuje się, że wymiana karty na szybszą pomogła i od Koh Tao jest szansa na więcej GoPro w naszych relacjach. Zobaczymy:)

Na zdjęciach nie widać, że Tomek codziennie zgrywa zdjęcia na laptopa i dysk zewnętrzny. Tak żebyśmy nie zostali z niczym, gdy któreś padnie. A jest szansa, bo moje nowe Lenovo już kilkukrotnie wyświetlało niebieski ekran z błędem, a poza tym co jakiś czas ten sam ekran do mnie mruga. Czyżby mnie podrywał? :) Nie znam się na tym, ale zdaje się, że nadaje się do reklamacji…

Uczymy się cierpliwości czekając na …

kolejne autobusy, promy, samoloty. Za to z każdym transportem stajemy się lepszymi negocjatorami i organizatorami. Na zdjęciach widać często tylko wisienkę na torcie, czyli miejsce docelowe, ale to czasami naprawdę bywa męczące, a odległości bywają ogromne.

Podróż samolotem z Chiang Mai do Krabi, z przesiadką w Bangkoku trwała w sumie 12 h (trasa na 1,5 h ciągłego lotu). Mimo, że Bangkok Air to poważna linia, to opóźnienie samolotu zarówno w Chiang Mai, jak i w Bangkoku nas nie ominęło. I nie pocieszały nas nawet przekąski w ładnej poczekalni.

Zaliczamy wypadek na skuterze, czyli nasza czarna sobota

Z kąpieli w morzu chyba na razie nie skorzystam. Powód? W trakcie powrotu z Mango Bay wypadliśmy z trasy do rowu. Zadrapania jeszcze trochę poszczypią, więc morskiej wodzie mówię stanowcze nie. Na szczęście nie mamy żadnych złamań. Ale teraz już wiem, czemu tyle osób chodzi tu z plastrami i opatrunkami na łokciach i kolanach. To jednak nie był nowy trend mody…

Koh Tao to mała wyspa (ok. 20 km2), z najwyższym wzniesieniem ok. 370 m, przez co podjazdy są strome, a drogi nie wszędzie utwardzone. Nasze 10 km trasy do i z Mango Bay, to chyba największe doświadczenie z podroży. Nie chcemy go powtarzać.

Gdyby ktoś pytał, to filmu i zdjęć z wypadku nie mamy:)

A tak w ogóle to podróżowanie jest super. Ale poza przygodami, zwiedzaniem i plażowaniem dopada nas też proza życia. Kończę, bo musimy zrobić pranie. I tego też nie ma na zdjęciach:)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s